Zachcianki – ciążowa upierdliwość wymuszająca na przyszłej Matce natychmiastowe spożycie czegoś, co kaloryczne w ilościach, po których ta nie jest w stanie podnieść tyłka z kanapy.


Najlepiej, jeśli pożądany produkt jest na tyle wymyślny, że nie ma nawet mowy o znalezieniu go w którymkolwiek z pobliskich sklepów, więc na łowy po marketach wysyłany jest przyszły Ojciec z listą rzeczy, na które kobieta ma ochotę w danym momencie oraz ze spisem produktów tak zwanych rezerwowych, na które być może przyjdzie jej ochota, jeśli pozycje z listy głównej nie spełnią oczekiwań kubków smakowych wymagającej ciężarnej.

Po zjedzeniu (no dobra… po pochłonięciu) połowy produktów z listy i po obrzydzeniu na sam widok drugiej połowy, najprawdopodobniej okaże się, że absolutnie nic nie zaspokoiło podniebienia przyszłej Matki. I tutaj, chłopaku, masz dwa wyjścia: wyruszyć w kolejną podróż, w poszukiwaniu smaków (to dla własnego dobra i świętego spokoju) lub usunąć się z pola widzenia minimum do zakończenia trzeciego trymestru ciąży (to w ramach bezpieczeństwa).
(Zbyt długa “definicja” stworzona została na podstawie własnych doświadczeń. Oparta na faktach z codzienności wziętych).

Śmiało twierdzę, że niczym są moje zachcianki w porównaniu z tymi świadczącymi o niedoborze pewnych składników odżywczych. Bo czymże jest nieustanna potrzeba zajadania się czekoladą w porównaniu do ochoty na węgiel, kredę czy tynk ze ściany? Co prawda po tynk ze ściany bliżej niż do spożywczaka, ale smak jakby nie mój.

O moich preferencjach jedzeniowych słów kilka, czyli o tym, co pochłaniam w ilościach niedorzecznych. 

Zaczęło się niewinnie już w pierwszym trymestrze, kiedy to ni stąd, ni zowąd przypomniał mi się smak z dzieciństwa – smak lodów, za którymi nawet nie przepadałam. Przekopałam Internet w poszukiwaniu nazwy i informacji, czy są one nadal w produkcji. Są! Wysłałam, więc na poszukiwania narzeczonego z instrukcją. Wrócił z łupem, którym rzecz jasna nie zaspokoił mego pragnienia. Kiedyś ten smak był jakby inny, jakby lepszy – stwierdziłam – i tak zaczęła się historia marzeń niespełnionych, która do histerii doprowadza przyszłego Ojca.

Idealnym farszem do pączków byłyby? Ogórki kiszone! Pojęcia nie mam, dlaczego nikt na to wcześniej nie wpadł, a cukiernie nie serwują jeszcze takowych rarytasów jako przysmaków ze specjalną dedykacją dla dwupaków. (Z tego miejsca pozdrawiam moją Mamę, która, bez proszenia, na tak zwaną “zagrychę” do pączków otwierała słoik ogórków i przynosiła przesłodzoną herbatę do popicia).

Spaghetti – jako pomysł na obiad każdego dnia (dosłownie). Zapoczątkowana ponad siedem miesięcy temu już “prawie tradycja” mówi, że cotygodniowe menu bez makaronu w sosie bolognese nie istnieje. A jak Matkę poniesie i, jak nagotuje w poniedziałek, to do czwartku z głowy ma stanie przy garach. Cała rodzina kwiczy ze śmiechu i podziwia wyrozumiałego Ojca, którego dieta obok zróżnicowanej i zbilansowanej nawet nie leżała.

Jedynym produktem, który przez dłuższy okres ciąży tolerowało nasze Dziecko były powidła śliwkowe, więc smarowane było na zawołanie.

Banany? Owoce, za które zdecydowanie nie dałabym się pokroić przed zajściem w ciążę, stały się jednym z niewielu obiektów mego pożądania w pierwszych jej tygodniach. Jadłam je kilogramami, co zaowocowało w aktualny wstręt na sam ich widok. Obecnie to jabłka i mandarynki zastąpiły znienawidzone banany i to te wynosimy ze sklepów siatami.

Nie ma jednak takiej zachcianki, której nie zaspokoiłaby czekolada. Zostawiam więc przepis na usatysfakcjonowanie Matki na niedobór słodyczy cierpiącej – enjoy!

Muffiny czekoladowe ze śliwkami:
(brzmi pysznie, a smakuje jeszcze lepiej!)

 

Składniki:

  1. 3/4 szklanki mąki,
  2. 3/4 szklanki cukru,
  3. 140 g. masła
  4. 3/4 tabliczki gorzkiej czekolady,
  5. 1/2 szklanki kakao
  6. 200 g. śmietany 18%
  7. 2 duże jajka
  8. 1/2 łyżeczki sody
  9. 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
  10. odrobina aromatu waniliowego
  11. szczypta soli
  12. 4 duże śliwki

Przygotowanie:

  1. W niewielkim garnku roztapiamy masło z czekoladą. Kiedy składniki się rozpuszczą, należy zdjąć garnek z ognia i odstawić do wystygnięcia. Do chłodnych składników dodajemy kakao. Mieszamy do momentu uzyskania jednolitej masy.
  2. Mąkę przesiewamy, łączymy z proszkiem do pieczenia oraz sodą.
  3. Do jajek dodajemy cukier, aromat waniliowy i sól. Dokładnie mieszamy.
  4. Tak przygotowane składniki łączymy w jedną masę. Na koniec dodajemy pokrojone w kostkę i delikatnie oprószone mąką, owoce.
  5. Ciasto przekładamy do foremek (osobiście posiadam foremki silikonowe, które przed pieczeniem delikatnie smaruję odrobiną masła i posypuję mąką – w ten sposób łatwiej wyciągnąć ciastka z foremek). Babeczki pieczemy ok. 20 -21 minut w temperaturze 160 stopni (termoobieg).
  6. Po wystygnięciu dekorujemy babeczki. Oczywiście czekoladą lub lukrem.

P.S. Dziewczyny, dajcie znać, jakie figle w ciąży płatały Wasze kubki smakowe 🙂

Bądź z nami bardziej:
FACEBOOK
INSTAGRAM