Trzeci trymestr to walka o przetrwanie, to emocje sięgające zenitu i niecierpliwość, która nierzadko bierze górę nad rozsądkiem. To tutaj po tyłku leje się pot i nie przestają płynąć łzy (najpierw ze szczęścia, potem ze złości, a na końcu kapią już po prostu – nie sposób wyjaśnić z jakiego powodu). Końcówka tego błogosławionego stanu, w walce o najbardziej upierdliwy etap ciąży, rozkłada na łopatki oba poprzednie, ale paradoksalnie zakończona jest happy endem.

# 1/2 RANDKI
By uczcić, chwilowo dobre, samopoczucie Matki i rozpoczęcie trzeciego trymestru, Tata zabrał nas na randkę. Twoją pierwszą, Matki którąś z kolei. Tuż po kolacji wybraliśmy się więc do kina na najlepiej rokujące “byle co”, z wszystkich miernie zapowiadających się filmów. Decyzji podjętej pod wpływem chwili żałowaliśmy całą trójką. Zażenowani brakiem fabuły oraz akcją, która skończyła się, nim się zaczęła, postanowiliśmy zafundować sobie szczęśliwe zakończenie, zdecydowaliśmy narazić się na spojrzenia nielicznych gapiów i opuścić salę kinową nie czekając na napisy końcowe.

# WIECZNE NIEDOSPANIE
Gdzie się usiądziemy, tam śpimy (oczywiście wyłącznie w dzień, ponieważ w nocy Mania – nasza dancing queen – podbija parkiet, zapraszając do tańca wszystkie matczyne wnętrzności). Nie demonizuję: zasypiam nad ranem tylko po to, by po kilku chwilach być  już na równych nogach, gdyż Dziecię z głodu cierpi katusze. Na głodniaka nie zaśnie – to po Ojcu – i nie ma się co dziwić, że biedna Matka po omacku sięgając w stronę jabłka, zupełnym przypadkiem chwyta czekoladę. Jak los daje, Matka bierze.

#JAK SAMOPOCZUCIE?
Nie wiem. Nie widzę. Schowało się za brzuchem. Podpisano: Krótka Piłka (przed ciążą byłam niska, ale w ciąży kilogramy jeszcze bardziej wgniotły mnie w ziemię).

#POZYTYWNEGO COŚ, POZYTYWNEGO…
Wszystko, co Matka mogła dziś schrzanić, spartoliła z przytupem, a co! Ostatnie ciążowe zdjęcia wylądowały w koszu, bo nadwaga przysłoniła Jej rzeczywistość i faktyczny sens ich powstania. Przyszedł czas i na obiad – spaghetti rzecz jasna – już dawno nie było tak sPIEPRZONE. Na domiar złego (humoru) do żołądka przyszłej Matki zapukały zachcianki. Mówiłam już, że akcja dzieje się w niedzielny wieczór tuż po zamknięciu wszystkich pobliskich restauracji? Nie? To mówię! A właściwie to krzyczę, bo i serce krzyczy na samą myśl, że na hamburgera, na jedyną rzecz, którą jestem w stanie aktualnie przełknąć, muszę poczekać do następnego dnia. Zakrapiane łzami prośby o spełnienie zachcianki zostają wysłuchane przez przyszłego Ojca i są powodem nocnej podróży w stronę fast foodów, które przynajmniej w ciąży miałam szerokim łukiem omijać. Ale… zamiast coli zamówiłam herbatę – no Matka na medal.

#JESZCZE WIĘCEJ SZCZĘŚCIA
Liczba kompleksów rośnie wprost proporcjonalnie do zwiększającej się wagi. Uśmiecham się przez łzy, bo to przecież nie brzuch, a Szczęście nam się powiększa.
Ostatnia prosta jest zdecydowanie najdłuższa, mimo że w dwóch poprzednich trymestrach i pod górkę było, i zakrętów nam Dziecię nie szczędziło. Do porodu odliczamy już dni, a nie miesiące. Ostatnie dwadzieścia cztery doby planujemy wykorzystać na głaskanie brzuszka na zapas. Będziemy za nim tęsknić, to pewne.

# BALON ROŚNIE, ŻE AŻ STRACH, PRZEBRAŁ MIARĘ…
Szczęścia mamy coraz więcej. Ponad dwa kilogramy małych radości, nieograniczona ilość miłości, nieustanne imprezy na parkiecie z żeber Matki stworzonym i wszystko to na własność.
P.S. O gabarytach po Tatusiu lekarz wspomniał nie na żarty. Mario, Matka pęka w szwach!

# I CAN’T WAIT
Doprowadza mnie do szału każdy dzień czekania na Ciebie, Córeczko. Po pierwsze, dlatego że nie mogę się już doczekać momentu, w którym Cię poznam, a po drugie, ponieważ dajesz Matce w kość z każdym dniem coraz bardziej.
Szczerze nienawidzę każdej nieprzespanej nocy, wrzeszczę na opuchnięte nogi, kształtem przypominające dwa dorodne balerony, które codziennie odmawiają posłuszeństwa, żalę się, gdyż dość mam zgagi, którą z wyrzutami sumienia popijam Coca Colą. Niczym z kalendarza adwentowego, wyjadam z szafki każdego dnia kolejną czekoladkę i czekam na Ciebie z jeszcze większą niecierpliwością niż dziecko, które wypatruje gwiazdkowych prezentów. Zostały dwadzieścia dwie czekoladki – do otyłości Matkę doprowadzisz!

# OCZY NA ZAPAŁKI, BRZUCH NA PODNOŚNIK
Ostatnie chwile listopada przesypiamy. Zmęczona pakietem ciążowych dolegliwości Matka do perfekcji opanowała sztukę zasypiania na stojąco. To najdłuższy listopad w moim życiu. Tym razem znienawidzony miesiąc umilają mi najsłodsze przytulaski przesyłane od Maryni i ogromne wsparcie przyszłego Taty, a mimo to czuję, że opadam z sił. W myślach dziękuję Bogu, że nie jestem słonicą (no dobra od dziewięciu miesięcy trochę tego słonia przypominam, ale na ogół bywam człowiekiem), im miesięcy w dwupaku matka natura nie poskąpiła.

# 30 LISTOPADA
Ponad trzy kilogramy szczęścia nie tylko do kochania, ale też do noszenia.

# JEANS DREAM
Największe marzenie przyszłej Mamy to jeansy, serio! Niczego nie pragnę tak bardzo, jak tego, by wcisnąć się znowu w spodnie. Dwa dni do porodu, ale do zakupów nieco dalej…daj Boże, żeby tyłek Matki zaakceptował rozmiar sprzed ciąży, aby zalegające na wieszakach spodnie móc jeszcze odkurzyć.

# MOŻNA OSZALEĆ Z MIŁOŚCI – DOŚWIADCZYŁAM – MAMA
“To prawdziwy cud w położnictwie”. Na kilka godzin przed czasem postanowiła zrobić wielkie wejście w, co do godziny zaplanowane, życie Państwa M. Chlusnęła więc Matce wiadrem (o dziwo!!!) ciepłej wody na pobudkę i Ojca postawiła na równe nogi chwilę po godzinie czwartej nad ranem (tutaj mamy do czynienia z cudem numer jeden: Tata o tak wczesnej porze aż tak wyspany jeszcze nie był). Marynia godzinną drogę do szpitala spokojnie tupała w rytm muzyki z przypadkowej stacji radiowej, ze sprzętu który tym razem (ku zaskoczeniu rodziców) zamiast szmerów serwował polskie przeboje. Umówione na pierwsze spotkanie byłyśmy już na godzinę czternastą, jednak Maria cyklicznie – co siedem minut – dawała znać, że już nie może się doczekać. Z godziny na godzinę znacznie zwiększała nie tylko liczbę, ale i intensywność tychże przypomnień. Na ostatnią chwilę postanowiła też zmienić miejsce spotkania z sali operacyjnej na porodówkę, by o godzinie 14:20 (bez uszczerbku na zdrowiu fizycznym oraz psychicznym Matki) stać się całym jej światem, osobistym cudem.

Jeśli spodobał Ci się ten wpis będzie nam bardzo miło, jeśli go udostępnisz na swoim Facebooku :)!