Łyżwy – przewidziałam niespodziankę przygotowaną na sobotnie popołudnie. Ironicznie uśmiecham się na samą myśl. Dotychczas na łyżwach jeździłam raz – jeździłam w tym wypadku to pojęcie bardzo względne.

Doczłapać się od jednej barierki do drugiej bez upadku – graniczyło z cudem. Więcej siniaków nie zniosę – postanowiłam i każdą propozycję wejścia na lód stanowczo odrzucałam. Bezpieczny grunt pod nogami doceniłam dopiero po wyjściu z lodowiska.

Przełamałam lody, bolesne wspomnienia postanowiłam odświeżyć,odśnieżyć. Upadam tylko raz, każdy upada. Rekordu nie pobiłam, zawodowców nie wyprzedzam, ale bez niczyjej pomocy robię siedem kółek – siedem bez upadku to całkiem sporo jak na sportowego laika. Kilka pierwszych zapamiętam na długo – z łyżwami mam zamiar zaprzyjaźnić się tej zimy.

 Zaskakująco przyjemny wieczór postanawiamy umilić zakupami. Gdzieś w przymierzalni gubimy świąteczne upominki, których oczywiście nie znajdujemy. Poirytowana wsiadam do samochodu – mam okropne wrażenie, że będę w nim mieszkać aż do niedzielnego wieczora. Podły nastrój postanawiamy wypędzić z pomocą tańca, jednak jedyna “impreza”, która odbywa się tego dnia to (delikatnie mówiąc) – banda pijanych nastolatków tańcząca przy infantylnej muzyce,a tuż obok nich zasypiający (niekoniecznie ze zmęczenia), “napakowani” chłopcy – wstyd. Jedni drugim nawet w najmniejszym stopniu nie przeszkadzają -integracja pełną parą. Minuty nie wytrzymam – tuż przy wejściu, odwracam się na pięcie i biegnę czym prędzej w stronę granatowego, nie koniecznie z powodu zimna – z powodu zażenowania. Kolejne kilkanaście kilometrów spędzamy w naszym weekendowym domu na kółkach.

 Niedzielny, późny poranek rozpoczynamy obiadem, by jak najszybciej wyjechać z domu. Aby nie zmarnować kolejnych dwóch godzin – sięgam po książkę i ulubione słodkości. Po te drugie moja ręka sięga zdecydowanie za często, ale czas z nimi mija mi słodko, za słodko. Szybka herbata w rodzinnym gronie i wyruszamy na zaplanowane wcześniej zakupy, dla odmiany tym razem jedziemy czym?! Samochodem! Chwilowe błądzenie i jesteśmy na miejscu. Tym razem większą satysfakcję z biegania po sklepach ma męska część dwuosobowej wycieczki, właściwie w naszym związku to on jest fanem kupowania – stereotypy o babie na zakupach – to już przeżytek. Portfele chowamy przed męskimi fanaberiami, bo na ciuchy znanego projektanta zwanego Byle Co, nawet nie patrzą, ba nawet się nie zatrzymują obok takowych.

Zakochani w kilku nowych (nie bardziej niż w sobie) – wracamy.

Podróż powrotna ma dla nas kilka niespodzianek – tak na wszelki wypadek, żeby dzień nie skończył się zbyt przyjemnie. Doświadczamy złośliwości rzeczy martwych – kilka razy pod rząd. Zgubna nawigacja prowadzi nas do domu drogą okrężną, dotychczas nieznaną. Trzydzieści kilometrów dostaliśmy gratis. Takim bonusom dorzucanym do świątecznych zakupów mówimy zdecydowane – NIE.

Do mieszkania (tym razem tego w bloku, nie na kółkach) wracamy tylko na moment, by w poniedziałek z samego rana pójść w stronę parkingu i wzrokiem szukać granatowego – znowu.