Wiecie, co robiłam wieczorami, będąc w ciąży? Modliłam się. Prosiłam Boga o to, by moje dziecko było zdrowe, żeby było szczęśliwe, ale też o to, żebym potrafiła zapewnić mu wszystko, czego będzie potrzebowało. Za cel postawiłam sobie, by być najlepszą mamą, jaką mogłoby sobie wymarzyć moje maleństwo i prosiłam Boga, żeby mi w tym towarzyszył. Żeby dźwignął tę nową rolę razem ze mną. Dlaczego? A no, dlatego że ja jestem tylko człowiekiem, ponieważ wiedziałam, że będę upadać i w końcu, dlatego że postawił na mojej drodze cud i już na zawsze będzie jego częścią. Czuję Jego obecność w naszej codzienności od momentu poczęcia, przez dzień narodzin aż do dziś (i zapewne tak będzie już na zawsze).


Nie ma TAKICH przypadków.
Wylądować na porodówce w dzień planowanej cesarki i ostatecznie urodzić naturalnie bez najmniejszych komplikacji, w tempie niemalże ekspresowym (jak na pierworódkę)? Jak często to się zdarza? No właśnie…
O porodzie Mańki położne szeptały między sobą przez cały nasz pobyt w szpitalu, żadna nie przeszła obok nas obojętnie, sytuację, której doświadczyłyśmy już chwilę po akcji porodowej, okrzyknęły „cudem w położnictwie”, a ja wiedziałam, że to ani cud, ani grom z jasnego nieba, ani przypadek. Po prostu tam był.

Uczulenie na oksytocynę. Wyjątkowo upierdliwa wysypka, której objawy nasilają się w momencie karmienia piersią. Marzyłam o tym, żeby karmić swoje dziecko piersią. Będąc w ciąży, przeczytałam prawdopodobnie wszystkie poradniki laktacyjne, mając nadzieję, że wiedza teoretyczna ułatwi mi nieco, utrudnioną cesarskim cięciem, przygodę z karmieniem. Jak się potem okazało nie teoria, a samozaparcie i bycie głuchym na złote rady, którymi młoda mama zasypywana jest zewsząd i walczy, by nie zwariować, słuchając często wykluczających się wzajemnie mądrości, są kluczem do sukcesu. I niewątpliwie obecność Kogoś, kto nie zwątpi, nawet jeśli masz wrażenie, że zwątpili już wszyscy.

Dziewięć miesięcy i siedem dni – to mój prywatny (wymodlony) Everest. Dla Ciebie być może tylko dziewięć, ale dla mnie aż tyle i oby jak najdłużej. O wzlotach i upadkach naszej drogi mlecznej pisałam w tekście Raz z górki,a raz pod górę, czyli słów kilka o naszej drodze mlecznej, teraz jednak chcę Ci coś pokazać. Uprzedzę Cię tylko, że piszę ten post, ale zapewne do ostatniej kropki będę się zastanawiać, czy opublikowanie go na blogu to dobry pomysł. Jakakolwiek będzie moja decyzja, wiem, że zrozumiesz. Obie przecież wiemy, że takich zdjęć nie trzyma się w oglądanym raz do roku albumie, ani nawet w folderze z „ulubionymi”, takie kadry trzeba pokazać światu.

Jest taka więź, są takie uczucia i emocje, które towarzyszą wyłącznie jednej relacji – relacji matki z dzieckiem. Nie znajdziesz większej miłości, silniejszej więzi i tylu pozytywnych emocji. Są też takie projekty, a właściwie takie osoby, które potrafią wszystko to zamknąć w jednej fotografii. Projekt, w którym wraz z kilkunastoma mamusiami, miałyśmy okazję wziąć udział to najpiękniejsza pamiątka dla mnie, jako matki (daję głowę, że dla każdej z trzynastu dziewczyn zapewne też). Marta (paniwoznafotografia.pl) tę niepowtarzalną więź i bliskość matki z dzieckiem widzi jak na zdjęciach. Czy można piękniej? Karmię miłością i jestem z tego powodu szalenie dumna, wszystkie jesteśmy!