Współpraca z asertywnością przerasta mnie od czasu do czasu, a efekty moich niekonsekwentnych decyzji zazwyczaj widać gołym okiem. Tym razem jednak przeszłam samą siebie, efekty nie dość, że widoczne gołym okiem, to rażą z kilometra.

Niby mam swoje zdanie, bo przecież każdy ma, ale chcąc być miłą i uprzejmą (by nie sprawić przykrości bliźniemu) ja Gosia, Matka Ludzi Wiecznie Ulegających, zgadzam się, przytakuję i dla świętego spokoju robię coś wbrew sobie. Wychodzę na tym zazwyczaj jak Zabłocki na mydle, czyli wychodzę, bo muszę, z fryzurą kompletnie niewyjściową.

r2r3

Ślub. Nie mój, ale jeden z najważniejszych, na jakim dotąd byłam. Niby wiem, że tona lakieru, sztuczne loki i odrosty w kolorze platyny to nie moja bajka, ale na taką okazję wyczesana fryzura to priorytet. Więc ochoczo podążam w kierunku salonu fryzjerskiego (tak o nim wtedy myślałam, ale: nie salon, a klitka i nie fryzjerski, a masowa produkcja czesania przy użyciu nadmiernych ilości lakierów) na umówioną wieki wcześniej wizytę.

r5r7

Chcesz wrócić do przedszkola? Nic prostszego – spóźnij się do jedynego we wsi fryzjera. Kilkunastominutowe spóźnienie jest powodem, przyjęcia wszystkich, umówionych na późniejsze godziny, klientów, taki karny jeżyk! Tak spóźnialskich załatwia się u nich, na wsi. Przerażona nieco fryzurami, które masowo serwuje właścicielka, siadam i decyduję – podcinamy tylko końcówki. Można je nieco wycieniować. Delikatnie. KOŃCÓWKI TYLKO, nie włosy!

r6


Mam wstać. Na stojąco będzie pani łatwiej. Przyjmuję więc postawę niczym do hymnu narodowego i staram się nie oddychać, tak na wszelki wypadek, żeby było prosto, albo przynajmniej, żeby udawało, że jest w miarę równo. Mogę usiąść. Czas na „cieniowanie końcówek”. Pojęcie niby oczywiste, proste sformułowanie, zrozumiałe dla przeciętnego zjadacza chleba, ale nie, ta pani prawdopodobnie zjada wyłącznie bułki. Widocznie jej zdaniem końcówki włosów tak długich, że nie można obcinać ich na siedząco znajdują się gdzieś na wysokości uszu. Się nie odzywam (błąd) ze łzami w oczach patrzę i milczę. Patrzę, milczę i nie dowierzam w to, co ona robi. Zadowolona z fryzury łudząco podobnej do tej, o której marzyłam przed Komunią Świętą, pani oznajmia, że musi jeszcze wyrównać, no więc skraca moje już za krótkie włosy. Przez zaciśnięte zęby udało mi się wydukać, że tak jest dobrze, że wystarczy, że krócej już nie, że w ogólne NIE. Odkłada, więc nożyczki, których miejsce godnie zastępuje suszarka. Zbieram szczękę z podłogi. Suszy mi włosy, których wcześniej niczym nie zmoczyła. W pierwszej chwili przekonana byłam, że pewnie chce, aby wszystkie obcięte wcześniej włosy spadły na podłogę, dla mojej i swojej wygody, ale nie. Suszenie głowy trwa przynajmniej dziesięć minut, w międzyczasie szukana jest końcówka od maszynki (też bałam się, że wyjdę łysa, ale nie – maszynka potrzebna była innej pani, dla innego klienta, który miał przyjść na inną godzinę, a i tak wciśnięto go między nas). Wcześniejsze przyjęcie owego Pana prawdopodobnie miało być przestrogą, coby spóźnialska nr 2 wiedziała, że sytuację komentuje zbyt głośno, że jak się ma swoje zdanie to się w domu, przed lustrem obcina włosy, a nie do, renomowanego we wsi, fryzjera przychodzi. Prawdopodobnie w celu urozmaicenia mojej, wcześniej nudnej, a teraz już coraz nowocześniejszej, fryzury pani proponuje, aby włosy natapirować. Zdążyłam podziękować, zanim znalazła swój różowy grzebień. Słysząc słowo następna, żegnamy się: ja Matka Małgorzata niczym choinka wyglądająca – z nieszczerym uśmiechem w podziękowaniu. Tylko na tyle mnie stać, na słowo dziękuję, na nieszczery uśmiech i do zobaczenia. Jedynie w myślach mam nadzieję, że nie będzie dane nam spotkać się po raz kolejny. Komentarz do sytuacji, w której przyszło mi być królikiem doświadczalnym, nie zostaje jednak wyłącznie w moich myślach (dzięki Ci Panie Boże, że są ludzie którzy w wymagającej tego sytuacji potrafią wykrzyczeć to, co mi przez usta przejść nie chce).

sz1sz5

Jako godna przedstawicielka płci pięknej znajduję lekarstwo, które niezawodnie działa na wszelkiego rodzaju kobiece dolegliwości – ZAKUPY. Mam torebkę, która pasuje do sukienki, ale jak już fryzurę zmieniłam, to torebki zmienić nie mogę? Zachwycam się dwiema, co prawda nadszarpnęłam już wspólny, miesięczny budżet, ale przecież między nimi dwiema wybierać się nie da. Należą się obie – decyduje on wiedząc, że uratują atmosferę tego wieczoru. Z racji tego, że asertywna nie jestem, nie zaprzeczam, biorę i uciekam, w razie by się rozmyślił.

sz3sz6

Torebkę w kolorze jasnego różu dopasowałam do sukienki, którą miałam na sobie w dniu wesela. Natomiast do stylizacji, którą widzicie na zdjęciach, wybrałabym tę w kolorze szarym.

Będzie nam bardzo miło jeśli docenisz nadgodziny spędzone na blogu i polubisz lub udostępnisz ten wpis na swoim facebook’u.

Bądź z nami bardziej:
Facebook
Instagram