Przystankowe – love. Czyli o tym, jak konstruktywnie spędzić czas będąc całkowicie odciętym od internetu. 

Otóż spędzenie wyjątkowo wlekących się kilkudziesięciu minut w towarzystwie internetowego łącza wydaje się być jedynym sensownym zajęciem. Zważywszy na to, że z każdej strony otacza cię krajowa jedenastka, a w wiejskim spożywczaku każda kaloria warta miliony (dosłownie) i na wyprzedaże się nie zapowiada – INTERNET = zbawienie. 

Teoretycznie można odliczać samochody nadjeżdżające z prawej lub z lewej strony. Po nabyciu odpowiedniego doświadczenia można urozmaicić owo zajęcie i odliczać samochody nadjeżdżające z obu stron. To zadanie zostawmy zaawansowanym, których staż zdobyty dzięki poruszaniu się komunikacją miejską, jest znacznie dłuższy.

 Jakie jest moje doświadczenie? Otóż jestem na etapie przeciętnego roczniaka. Przez ten czas nauczyłam się cierpliwie znosić wyjątkowo upierdliwy hałas i przestałam zwracać uwagę na smród spalin, niestety do intensywnej woni towarzyszącej przewożeniu zwierząt jeszcze nie przywykłam. Wszystko przyjdzie z czasem, powiadają zaawansowani dojeżdżający.

Jako mistrzyni wyczucia czasu na autobus powrotny czekam nie mniej niż pół godziny, jednak ten poranny prawie każdego dnia czeka aż dobiegnę z drugiego końca wioski (nie, oczywiście, że nie zaspałam – po prostu ćwiczę przed maratonem, na który nigdy nie mam zamiaru się wybrać). Tak więc równowaga w przyrodzie zachowana.

Spośród nieograniczonych możliwości, jakie dają obrzeża wiejskiej przestrzeni, zazwyczaj zostaję przy starym, poczciwym internecie.

Dziś jednak jest inaczej. Dziś internet zawiódł skazał na wielominutową mękę w samotności, no to…liczę.

Liczę na to, że ruszy łaskawie swój obszerny zadek i wróci. Nie wraca. Muszę więc liczyć wyłącznie na siebie. Liczę – najpierw te nadjeżdżające z prawej strony, a potem te z lewej.I w ten oto sposób zamiast zagłębić się w bezdennym, pełnym wiadomości i  nierzadko ociekającym głupotami internecie – marnotrawię cenne chwile na matematyczne łamigłówki.A obiecywałam sobie, że już nigdy, że nigdy, przenigdy nie rozwiążę zadania, które będzie miało cokolwiek wspólnego z królową nauk.

Marność nad marnościami i wszystko marność! To jedyne sensowne zakończenie. Jedyne możliwe.