Po półrocznym stażu spieszę Wam ogłosić, co zmieniło się w naszym życiu po zaręczynach. Najpierw jednak zaznaczę, że minione sześć miesięcy mogłabym podzielić na trzy etapy, którym nadałabym poniższe tytuły:

Etap pierwszy – pokaż pierścionek.

Nie lubiłam tego etapu i nieustannych spojrzeń w stronę mojej prawej dłoni. Tak, nie mam pierścionka – odpowiadałam na zapas i każdemu z osobna opowiadałam historię pierścionka za dużego, na którego zmniejszenie czekaliśmy równiutki miesiąc. Świeciłam więc oczami i zdjęciem, i przejmowałam się, że w czyichś oczach jestem wybrakowaną narzeczoną, zamiast fruwać pod niebem ze szczęścia, że facet, którego kocham, oświadczył, że chce, abym była jego żoną.

Etap drugi – lista gości

Osobiście marzę, aby sakramentalne tak powiedzieć w obecności dwóch, niezbędnych osób – świadków i tuż po ceremonii zaślubin zaszyć się gdzieś na drugim końcu świata i nie dawać znaku życia. Wrócić we trójkę. On chce, aby wszystkie ciotki, które pojęcia nie mają o naszym istnieniu tańczyły do białego rana i, aby wujkowie (znający nas równie dobrze, co ciocie) opici wódką i przejedzeni bigosem lądowali kolejno pod stołem. Wyolbrzymiam. Ma na myśli tradycyjne wesele, z tradycyjną, Polską kuchnią w towarzystwie podchmielonych siódmych wód po kisielu. Status na dziś: w poszukiwaniu złotego środka.

Etap trzeci – miał być ślub

W ten etap wrzucam wszystkie pytania o to, kiedy, ile już odłożyliśmy, dlaczego zwlekamy, i czy w ogólne mamy zamiar urzeczywistnić jakieś plany.

Kilka słów o zmianach, a właściwie o ich braku (z mojego punktu widzenia).

Wiecie jak bardzo chciałam być narzeczoną? Bardziej niż bardzo! A kiedy się już oświadczył i oboje ochłonęliśmy z pierwszego ŁAŁ okazało się, że właściwie nic się nie zmieniło.

Ani razu nie poczułam się ważniejsza niż przed zaręczynami, ponieważ zawsze przy nim czuję się nie tylko najważniejsza, ale przede wszystkim jedyna. Nie da się być jedyną intensywniej niż dotychczas. Nie oszaleliśmy z miłości, bo to stało się kilka lat wstecz i trwa. Nie czuję się bardziej jego, a i on nie jest bardziej mój, bo od zawsze wiedzieliśmy, że nie jesteśmy niczyją własnością. Nie ograniczam go bardziej niż wcześniej, a on odwzajemnia się tym samym, co nie oznacza, że nie ponosimy konsekwencji własnych wyborów i decyzji. Jedyna zmiana, której doświadczamy każdego dnia to dom, DOM, który budujemy wspólnymi obowiązkami i przyjemnościami, ten, w którym w końcu czujemy się u siebie, Dom, do którego wreszcie spieszymy się wracać.

KLIKAJCIE:

facebook
instagram