Czy potrafię odpowiedzieć na pytanie, który miesiąc jest moim zdaniem najpiękniejszy, czy też, który jest moim ulubionym? Nie. Zwłaszcza od momentu, kiedy do naszej ekipy dołączyła Maria. Z tą laską nie ma nudy. Pozwoliła sobie wypełnić nasze życie po brzegi swoją obecnością bez względu na porę dnia, porę roku lub pora w zupie. Celebrujemy wszystko, co pierwsze, cieszymy się tym, co nowe i łapczywie bierzemy z tej naszej codzienności, ile się da. Co przyniósł nam październik?


O dziwno nie PIŹDZIERNIK.
Pogoda zaskoczyła nas w tym miesiącu zdecydowanie na plus (dosłownie). Doceniamy za wszystkie długie, jesienne spacery, za kurtki, których nie trzeba było oddawać do pralni, za bukiety z kolorowych liści i za ISO, którego ustawianie matka miała okazję w końcu poćwiczyć.

Nasze pierwsze greckie wakacje i spełnione tam marzenia.
To było COŚ! Coś, za co październik 2018 będę uwielbiać już zawsze. Gdybym była moim narzeczonym prawdopodobnie wysadziłabym siebie z samolotu jeszcze przed odlotem, albo zapomniałabym zabrać mnie z domu, a może jeszcze lepiej – nawet nie kupiłabym sobie biletu. Im bliżej było do wyjazdu, tym bardziej marudziłam, serio. Nie było dnia, w którym przez myśl by mi nie przeszło, że pomysł z wakacjami w październiku jest po prostu słaby, do bani, do śmietnika, że nie ma sensu…no, a z racji tego, że jestem raczej wylewną osobą, to na okrągło dzieliłam się z gościem wszystkimi moimi wątpliwościami. Momentami sama nie mogłam siebie słuchać, więc Oscara dla niego za cierpliwość. Pojechałam, doświadczyłam i jedyne, czego żałuję, to czas zmarnowany na narzekanie. To były nasze najpiękniejsze wakacje, w jeszcze piękniejszym miejscu, z najcudowniejszymi na świecie ludźmi. Czy można chcieć więcej?

Gesty.
Od tych całkiem nowych, najsłodszych, które coraz sprawniej naśladują wszystko to, co pokazują rodzice, po te które towarzyszą nam na co dzień, przepełnione miłością.

Wzruszenia.
Mam takie dni, że wzrusza mnie wszystko. Wystarczy, że spojrzę na puchate rączki Marii i ryczę, jak bóbr. Przypomnę sobie, jaka chwilę temu była malutka i nawet nie wiem, kiedy tonę w morzu łez. Jednak w tym miesiącu najbardziej wzruszył mnie taniec. Nie nasz, ale pełen miłości, nie ich pierwszy, ale pierwszy jako małżonków, idealny w każdym calu, z miłością widoczną w każdym kroku.

Powroty.
Mowa tu o ciężkich powrotach, bo jak inaczej nazwać powrót na studia po rocznym urlopie dziekańskim? No właśnie! Oczami wyobraźni widzę już naukę do egzaminów z dzieckiem na głowie (dosłownie i w przenośni). Pozwólcie, że zobrazuję Wam słowami piosenki moje wariacje na temat tegorocznej sesji egzaminacyjnej: będzie zabawa, będzie się działo i znowu nocy będzie mało będzie głośno no… a czy będzie radośnie oraz, czy będziemy tańczyć całą noc okaże się po sprawdzeniu not w indeksie.

Odkrycia.
Na przykład kulinarne. Przyrzekam, że zupa dyniowa w październiku tego roku wylądowała na naszym stole po raz ostatni. Się nie zgadzam na stanie długimi godzinami przy garach, a wcześniej na drążenie dyni, które, umówmy się, do najprzyjemniejszych nie należy, tylko po to, by usłyszeć płacz córki po pierwszej łyżce, a od narzeczonego, że nie jest głodny, co to to nie.

Szczęśliwe zakończenia.
Oddychamy z ulgą wiedząc, że Maria w spadku po matce odziedziczyła odporność. Choroby przechodzi najłagodniej z całej naszej rodziny, co niezmiernie nas cieszy, mimo że kursy między przychodnią a szpitalem mamy opanowane do perfekcji.

Październik był dla nas nie tylko intensywnym miesiącem, ale też bardzo rodzinnym. Nie pamiętam, kiedy ostatnio mieliśmy dla siebie tyle czasu. We troje nawet nuda jest ciekawa. Chciałabym wiedzieć, jak wyglądał październik w Twoim wydaniu! Chętnie poczytam o tym, jeśli zostawisz kilka słów w komentarzu.