Przy okazji rozmowy telefonicznej snujemy plany na przyszłość. On będzie szefem firmy komputerowej, ja jego sekretarką (przezorny zawsze ubezpieczony, a z racji tego, iż relacje owych współpracowników bywają różne,  postanawiam dmuchać na zimne – poświęcić się i pozwolić mu rządzić, przez chwilę).

On, typowy facet – upewnia się, czy kochanką, później żoną też mam zamiar zostać. Oburzam się i narzekam na banalne oświadczyny. Na to ten, niemalże do łez rozbawiony wydaje z siebie odgłosy świadczące o wyraźnej niechęci do narzeczeństwa “zaręczyny? Bleee…”. Na obrzydzenie odpowiadam dźwiękiem odkładanej słuchawki.

Nigdy nie będę żoną, no cóż, być może zraził się niedotrzymaną obietnicą sprzed kilku lat (właściwie, obietnica ta, wcale go nie dotyczyła, ale kto zrozumie faceta…)?

Mama zawsze mówiła, że nie kupi mi psa – kupiła i tym samym zrobiła z siebie jego jedyną towarzyszkę spacerów. Obietnicy złożonej mamie, że będę pieska kochać i wyprowadzać, nie dotrzymałam. Być może jego obrzydzenie do pierścionków nie wzięło się znikąd – przecież nic nie dzieje się bez przyczyny! Być może i on żyje w przeświadczeniu, iż  będzie skazany na siedzenie w domu, a jedyną osobą, która z litości, od niechcenia wyprowadzi go na spacer, będzie moja mama?

17

Mama ma Killera, a ja faceta, który na samą myśl o zaręczynach ma odruch wymiotny. Kto by pomyślał, że błędy popełnione w młodości, będą miały tak tragiczne skutki?