Byłoby łatwiej, gdyby nie istniały wszystkie znajomości, które tylko wydawały się być tymi na zawsze. Byłoby łatwiej, gdyby raz ucięte historie nie wracały. Byłoby łatwiej wspólnego życia nie zaczynać od długów wdzięczności. Byłoby piękniej, gdyby tak, jak w piosence (mojej ulubionej zresztą) w podwójnych porcjach nas pakowano od początku do końca. 

No nie oszczędzono nam wyżej wymienionych, a wręcz przeciwnie oboje przeżyliśmy pierwsze miłostki (nie miłości) nie mając pojęcia o tym, że jest taki ktoś, kto wstaje wcześniej, by przygotować śniadanie, kto dźwiga zbyt ciężkie zakupy, ktoś kto niezmiennie od ponad czterech lat  otwiera drzwi, ktoś, kto regularnie odwiedza kwiaciarnie bez ustawionego przypomnienia na 29. i, że jest ktoś taki jak ja – idealny, po prostu.

Cieszę się, że nie poznaliśmy się wcześniej. Jestem dumna nie z tego, co przeżyłam, ale z tego, czego mnie każde z tych wydarzeń nauczyło. Jak już kiedyś wspomniałam w momencie, kiedy się poznaliśmy jedną nogą byłam już w innej bajce. Kłamałam. Całą sobą byłam w innej bajce i gotowa byłam rzucić wszystko… i w tym momencie pojawił się on. Mirosław znikąd wzięty (znikąd czyt. jako zamiennik słowa na d…) jakby nigdy nic wlazł w moje życie z tą swoją za słodką herbatą i teoriami, dotyczącymi moich nie-miłości. Jeden całus w polik, który miał być, a go nie było, jedna szklanka niedopitej herbaty, jedno przytulenie z grzeczności, na pożegnanie i już. Pssst! To ten moment, w którym zdaje sobie sprawę, że nikt przedtem nie przytulał tak wiecie… że kolana się uginają tak, że uśmiechasz się przez całą noc – odruch bezwarunkowy. Mina zrzedła mi dopiero wtedy, kiedy zdałam sobie sprawę, że nie mam jego numeru telefonu i on mojego też nie. A co z portalami społecznościowymi? Te omijał szerokim łukiem, więc ani widu, ani słychu, tak więc zarówno kontakt facebookowy jak i pitu-pitu na naszej klasie nie wchodziły w grę.

Ale jeżeli jesteście sobie przeznaczeni…no dobra w historie typu „ktokolwiek widział, ktokolwiek wie” przestałam wierzyć kilka lat wstecz. Przepadło.

Ej, ale spokojnie! Tylko na chwilę!

Cztery lata to tylko ułamek naszej miłości, cztery z wielu. To tylko część historii, która zaczęła się w najwłaściwszym momencie i dzięki temu ma ogromne szanse na przetrwanie. I nieważne, że bywają dni, w których obrywamy piaskiem po oczach. Czasem tak wieje, że ten piach z oczu to nie garściami, a łopatą wyciągamy. Nieważne, że niekiedy zamiast motyli w brzuchu lata to, co aktualnie mam pod ręką. Ważne, że uczymy się siebie codziennie. Zapominamy o złych wydarzeniach z wczoraj i tworzymy cudowne jutro.

Dawno, dawno temu (gdzieś między gimnazjum a liceum) usłyszałam cytat tak piękny, że ugięły mi się kolana (no tak…często mi uginają), a z racji tego, że nikt tak pięknie nie mówi o miłości jak Maciek Zakościelny w jednej z polskich komedii romantycznych, to na te kolana padłam. I co z tego, że poobdzierane, kiedy w tym właśnie momencie czułam, że mówi do mnie? Nie mówił. Ale cytat utkwił mi w pamięci na tyle, że parafrazując go nieco, szerzyłam go jako swoje motto, jako swój pomysł na miłość i jako przepis na miłość jedyną też.
I wiecie co? Ja nadal wierzę, że kiedy się zakocham to będzie na zawsze, albo nigdy się nie zakocham.
W tym zwariowanym świecie miłość kończy się zanim się zacznie, kiedy oddam moje serce, to oddam je na zawsze.

Ja już swoją jedyną i prawdziwą mam obok, jeśli Wy też to doceniajcie ją i jak najmniej piasku w oczy, a jeśli jeszcze nie, to nie pocieszajcie się czym popadnie, a wypatrujcie tej wyjątkowej!