Jestem narzeczoną, ale KOSMOS!!!

1

Na samą myśl o majówce w Pradze miałam ochotę skakać z radości, oczywiście na ochocie się skończyło – w trosce o swą leniwą naturę postanowiłam, że skakanie w myślach to i tak spory wyczyn jak na istotę z reguły siedzącą. Myślałam, że bardziej cieszyć się nie da – wiedziałam, że to będzie piękny maj, ale nie spodziewałam się tego, co miało wydarzyć się już pierwszego dnia…

Dał sobie prawo do wybrania mojego stroju  i wcisnął mnie w sukienkę. Prowadził uliczkami Starego Miasta raz w znane już, czasem w całkowicie nowe, miejsca. Zatrzymując się na chwilę wskazał restaurację, w której mieliśmy zjeść kolację. Tak – KOLACJĘ!!!  jest godzina szesnasta, brzuch zagłusza ulicznych grajków, a ten nie da Ci jeść wcześniej – post do godziny dziewiętnastej i basta. Wlokę więc za sobą zmęczone kilkugodzinną wędrówką nogi, wygniecioną do granic możliwości kieckę brudzę przy pierwszej możliwej okazji, a mój brzuch koncertuje w najlepsze, jego zresztą też – majówka prawie wymarzona.

Pierwsza wolna ławka, ogłoszenie kapitulacji i ufff…koncertujemy na siedząco. Rozmawiamy jakby o niczym, właściwie to ja mówię, on nie słucha, ja marudzę – on nic, chcę jeść tak bardzo, że z rozpaczy poczęstowałabym dietę nawet kebabem, a co! Ten nadal milczy.

2

Zbliża się dziewiętnasta i my się zbliżamy do miejsca, które okazuje się być tajską restauracją. Ot taka romantyczna kolacja – miska ryżu i inne, o których lepiej nie wiedzieć. I ten stres, że jak to tu? skoro nie tak to miało wyglądać! parasole się zgadzają, tylko most jakby nie ten. Się odnajdujemy, właściwie ja czuję się zagubiona jak nigdy przedtem. Taka restauracja, że ochhh i ahhh zdecydowanie też, taka że nie wiem, czy wejść, czy może jednak wyjść przebrać się i wrócić. Się nie przebieram, wchodzę. Wchodzę i chłonę każdą sekundę: oczu skierowanych w stronę Pragi  (tak, siedzimy na dworze i mamy miejsca z widokiem na Pragę) nawet nie chcę odrywać w jego stronę, a co dopiero w stronę menu, które serwuje uprzejmy Pan, okrywający moje zmarznięte już ramiona białym kocem. Mój brzuch zawiesza na chwilę koncert i ustępuje miejsca tańczącym w nim motylom. Wszystko wydaje się być wyreżyserowane lepiej niż w najlepszym hollywoodzkim filmie. Przygotowanie restauracji przekracza moje najśmielsze oczekiwanie w momencie, kiedy ten sam Pan, który przed chwilą przybiegł z kocem, przerywa angielski bełkot i oznajmia, że się przygotował i możemy mówić do niego w języku polskim  – to jest ten moment, w którym zbieram szczenę z podłogi. Pojedzone, pogadane i chwilowe zakłopotanie przerywa najpiękniejsza na świecie piosenka – w czeskiej restauracji, w której prawie nikt nie mówi po polsku, leci tak bardzo nasza piosenka, razem z nią leci Pan (ten sam, którego wcześniej było pełno) z bukietem pięknych czerwonych, róż, a razem z nimi lecą łzy (oczywiście moje). Ryczę jak bóbr, a ten (Mirek mój, nie Pan) przyrzeka być przy mnie zawsze, obiecuje znosić to, co nieznośne i chce, bym była jego żoną – JA,ŻONĄ – no kosmos jakiś!!! Niczego w życiu nie byłam tak pewna, jak tego, że jak żoną to tylko jego.

3

She said Yes!!! słyszę głos mojego już ulubionego Pana z restauracji (Pana, bo to nie był kelner) i ryczę jak dwa bobry, amerykańskie gratulacje i brawa od przypadkowych świadków najpiękniejszego w moim życiu zdarzenia rozczulają tak bardzo, że ryczę jak całe stado bobrów.

4

Zorganizowane perfekcyjnie, najpiękniejsze zaręczyny, to przede wszystkim zasługa mojego JUŻ narzeczonego, który spełnia marzenia, o których dotąd nawet nie miałam pojęcia, ale też na to, by moje TAK wyglądało tak, jak wyglądało pracowało sporo osób, którym najszczerzej, najpiękniej – DZIĘKUJEMYRESTAURACJA HERGETOVA CIHELNA

3 myśli nt. „Jestem narzeczoną, ale KOSMOS!!!

  1. Pingback: Przepis na zaręczyny – HERGETOVA CIHELNA | Patrząc z dołu

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *