I przyszedł taki dzień. Nareszcie.

udane-3

I przeszedł taki dzień, że względny porządek po remoncie mi wystarcza. Staram się odwracać wzrok od nie dość dokładnie wytartych paneli i udaję, że nie widziałam tej czarnej rysy na świeżo pomalowanej ścianie, tuż nad kuchennym stołem. Taki dzień, że gdy siadam z kubkiem gorącej herbaty, zastanawiam się jak spożytkować pozostałe godziny. Nareszcie.

Dobrze mi.

Zdecydowanie należę do licznego grona w gorącej wodzie kąpanych. Chcę mieć teraz i tu, szybko (o ile nie „na już”), wszystko swoje, nowe, nieużywane. Zamienników z każdym miesiącem przybywa i cieszą, jakby były bardziej nasze niż poprzednie, bo samodzielnie wybrane, kupione. Chcę odpowiadać za nowy porządek, który mimo męskich sprzeciwów, staram się wprowadzać każdego dnia, a pod nieporządkiem, który codziennie odkładam na jutro też się podpisuję. Być panią swoich (więcej niż…) czterech ścian.

Zakazuję rozcieńczać płyn do mycia naczyń z wodą, bo dla mnie więcej nie znaczy lepiej. Nakazuję położyć trzy pasy płytek zamiast pięciu i osobiście chcę martwić się tym, że nie dosięgam do talerzy, bo szafki w kuchni są zbyt wysoko. Lubię prosić go o podanie czegoś z półki i lubię, gdy każdą moją prośbę kończy czułym całusem w czoło. Właściwie dla tego gestu warto nie dosięgać.

Dobrze mi w „zaszarych” i w zbyt białych ścianach, które sobie wymarzyłam, i które nie są urzeczywistnieniem marzeń innych. Dobrze mi z tym, że obiad serwuję w porze kolacji i z tym, że o śniadanie do pracy nie muszę się martwić. Dobrze mi, kiedy posiłki przygotowywane są na cztery ręce i z tym, że stereotypów o kurze domowej w moim kurniku nie słychać.

Dobrze mi w męskiej podomce i w pluszowych kapciach też, a w celu urozmaicenia home-look’u serwuję sobie zmycie makijażu. Pasuję wtedy do jego zabrudzonych farbą dresów i pozostałości po lecie, których nie wypada nazywać już opalenizną. Lustra w naszym domu przyzwyczajone są do takich widoków, więc nie obawiamy się siedmiu lat nieszczęścia, czy innych zabobonów. Dobrze nam u siebie.

Należy mi się ten czas. Czas, kiedy zrobienie herbaty jest tak trudne, jak pokonanie drogi z sypialni do kuchni, a nie jak zdobycie Kilimandżaro. Nareszcie.

udane-7

udane-1udane-4

Bądź z nami bardziej:
FACEBOOK
INSTAGRAM

9 myśli nt. „I przyszedł taki dzień. Nareszcie.

  1. W gorącej wodzie kąpana – oj jak ja to doskonale rozumiem! 🙂 Ach a po latach przesadnego pedantyzmu to udawanie, że wcale nie widzę tej wielkiej różowej plamy farby na panelach idzie mi zupełnie wspaniale 🙂

  2. „Dobrze mi, kiedy posiłki przygotowywane są na cztery ręce i z tym, że stereotypów o kurze domowej w moim kurniku nie słychać” – super, że jesteście tak zgrani. Mnie trochę brakuje czasu z mężem, szczególnie od kiedy mamy dziecko. Chciałabym, żeby częściej pracował zdalnie, bo nawet kiedy jest za zamkniętymi drzwiami i gada z klientem na Skypie, lubię czuć jego obecność 🙂

  3. Bardzo fajnie napisane! 🙂 Mam dość podobne odczucia. Jestem osobą, która lubi swój porządek, ale i swój bałagan. Nie lubię, kiedy moje rzeczy nie czekają na mnie tam, gdzie je zostawiłam – tak jak napisałaś „być panią swoich czterech ścian” – być panią swojego porządku i nieporządku! 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *