Nie lubimy się! Ja zwolennik wakacyjnego ciepła, z fryzurą ułożoną, że “odejdź i nie ruszaj”, a ona wpada… tak znienacka, chłodna i deszczowa. Wpędza pod najcieplejszy koc, wciska w dłoń kubek gorącej herbaty i przypomina o stercie notatek z historii literatury (niekoniecznie porywającej). I burzy, wszystko, co poukładane.

Na przykład taki remont – no ile może trwać?! i to akurat w miejscu, z którego uciekam najchętniej do domu. Tuż przy pracy, jak na złość – korek. Trzykilometrowy trwa ponad pół godziny, w największym deszczu, bez parasola, w świeżo wypranej i białej kurtce – stoję. Jak słup soli, jak ten parasol ostatni i przemoczony. Jakby tego było mało, droga do przystanku, dwie minuty piechotą, zatarasowana, że piętnaście minut to za mało. Żyj tu taki, wyziębiony z rozczochranymi wpadającymi do oczu.

W ciepłym i bezpiecznym planuję zagościć na dłużej,ale… przegłosowana męską siłownią, zwijam szybko włosy w znienawidzony kucyk i pędzę na babskie ploty, na rozgrzewającą i bez cukru.Wypicie herbaty z przyczyn zależnych nie ode mnie – dzielę na raty. Nie dopijam. Ląduje w domu, w ciepłym łóżku, naukę odkładam na jutro i marudzę, ze łzami w oczach narzekam na jesień przewstrętną.