Złośliwości rzeczy martwych uśpić się nie da. Tym bardziej, że pech podąża za nami i bezczelnie wpycha się z kopytami w naszą codzienność. Jako że lekarstwa na niemiłe niespodzianki, które w nadmiarze ofiarowuje nam los – nie wynaleziono, własne rozdrażnienie przykrywam sztucznym uśmiechem, no ale ile razy można?

Co jedna przygoda to gorsza, jedna pechowa chwila goni kolejną, jedyne, rozsądne wytłumaczenie, które przychodzi mi do głowy to takie: być może przytrafia się to właśnie mnie, z tego powodu, że ktoś inny mógłby wkurzyć się potrójnie, a skoro złość piękności szkodzi, to lepiej uszkodzić własną urodę minimalnie, by zapobiec potrójnej ilości zmarszczek na twarzy bliźniego? Być może moja mała katastrofa, która potrafi wyprowadzić z równowagi na kilka minut, ratuje kogoś przed katastrofą, przez którą nie pozbierałby się w ciągu kilku godzin? Jestem wybranką – właśnie tak tłumaczę swoją nieporadność, swój blondynizm i własną (nie tylko) głupotę. Jak każde z nas zapewne wie, głupota chodzi w parach, a jak się burzy to dosłownie wszystko, ja mam takiego towarzysza, dzięki któremu niefortunne wypadki mnożą się na potęgę, ale we dwójkę to jakoś tak raźniej (jest na kogo zrzucić winę).

Na przykład sytuacja sprzed kilku dni:

Taki sobie zwykły dzień, niczym nie wyróżniająca się od innych podróż w stronę galerii handlowej – cel szczytny, tajna misja: remont. Tak, remont – niespodzianka na mamine urodziny. Farba, gładź szpachlowa, cała sterta styropianów i innych przedziwnych i zbędnych rzeczy zdaniem kobiety, która przez całe życie była pewna, że remonta to tylko farba, pędzel i gotowe – są. Okazuje się jednak, że owa farba, z przyjacielem pędzlem to nie wszystko – bowiem remont to kłopoty.

Zadowoleni, z bagażnikiem wypełnionym po brzegi stertą potencjalnych niezbędników, podążamy w stronę domu. Nagle huk, ale kto by się nim przejmował, coś się przewróciło to i się podniesie. Nie, nie mamy najmniejszego zamiaru zatrzymywać się na parkingu, z którego dobrze wyjechać nie zdążyliśmy. Podnoszenie przewróconych odkładamy na później. Jeździmy, odwozimy, wysiadamy i (KURDE!!!) cała farba! Pięć litrów wylane do ostatniej kropli gdzieś między tapicerką a zakamarkami bagażnika, o których przeciętny kierowca nie ma nawet pojęcia. I my nie mieliśmy, jednak nieubłagany los pozwala nam doświadczyć niemożliwego, mimo że nie wpiszemy tego w CV to następnym razem będziemy mądrzejsi i farby bez towarzystwa ludzkiego w samochodzie nie zostawimy. Jeśli zdarzy nam się zapomnieć, to skutecznie przypomni nam o tym portfel, który nieco zubożał przy kolejnym zakupie farby i czyszczeniu samochodu.

Mało?

Przedpołudnie, sprzątanie, prasowanie, bo święta, bo Pan Jezus niczego poza porządkiem nie żąda – działam. Coby nie nakurzyć w wysprzątanym na błysk pokoju, przenoszę deskę do prasowania wraz z koszem wypełnionym ubraniami, sięgającymi niemalże do sufitu i zasuwam. A za mną ona -niesforna, deska do prasowania, która umyślnie przewraca żelazko, by zaznaczyć, że dziś prac(s)uję tylko z nią i zostawia niezbyt estetyczny ślad na moim przedramieniu. Poparzeniowy stempel przy najbliższym spotkaniu z wodą postanawia, wziąć na siebie zakażenie, bo jeszcze mu mało. No cóż  święta, z półmetrowym opatrunkiem i doskwierającym szczypaniem, nie były zaplanowane, no ale czego się nie robi, dla porządku w szafie?!

DSC_0362

W życiu nie ma przypadków – powiadają mądrzejsi. Zgadzam się – nie ma przypadków, jednak przypadkiem przytrafiają się właśnie nam, każdego dnia gorsze.