Po brzegi wypełniony pasażerami, tradycyjnie spóźniony nieco – nadjeżdża. 

          Biletów sprzedano o połowę za dużo – ścisk taki, że oddechu złapać się nie da. Wciskam się gdzieś, między zdenerwowanych ilością pasażerów, staruszków. Siedzę – szczęściara. Kilka sekund później towarzysze podróży nurkują w zawartości toreb i szukają w pośpiechu kartki – nadchodzi. Nieustraszony konduktor przepycha się, stąpa dosłownie po ludzkich rękach, nogach i głowach, ponieważ priorytetem w tejże sytuacji jest sprawdzenie, czy aby na pewno wszyscy za bilet zapłacili. A Ty szary człowieku, studencie stęskniony za domem stój(siedź) 

i milcz, a zamiast stękać, do sprawdzenia przygotuj jeszcze legitymację! 

          Ze skrajności w skrajność. Zima. Godzina 05:59. Ogrzewamy wagony wyłącznie pierwszej klasy, tłumaczy się postawiony w niezręcznej sytuacji konduktor i  mimo niewinności dzielnie zbiera wszystkie bury. Hej druga klaso – nie zapłaciłaś wystarczająco dużo? – marznij! Nikt bowiem nie potrafi naprawić ogrzewania ( i nie będzie potrafił przez najbliższy miesiąc). Jesień – kilka stopni na plusie, na stałe zamknięte okna, a pociąg – rozgrzany do czerwoności. Oddech łapiemy na każdej stacji, kiedy tylko otworzą się drzwi – raz, dwa, trzy…koniec! 

          A co ty lato na to? kleję się, pocę, rozpływam – to znak, że jesteśmy w połowie drogi, mój drogi! 

          Jesteśmy na siebie skazani. Będziesz towarzyszem mojej podróży przez kilka najbliższych lat. Opóźniony, wychłodzony, nierzadko nieprzyjemnie pachnący – pociągu. Ty z postanowieniem poprawy, ja z książką ciekawą lub mniej, zasypiająca i budząca się na przemian (tak – boję się o swój bagaż!) – wyruszymy drogami, którymi znudzeni jesteśmy od dawna.