Najpiękniejsze chwile przychodzą niespodziewanie, by dobre życie uczynić jeszcze piękniejszym, aby uświadomić niedowiarkom, że miłość od pierwszego wejrzenia istnieje – wystarczy ją sobie urodzić.

8 GRUDNIA

Ostatni weekend przed narodzinami naszej M. zapowiada się leniwie: bez krzty romantyzmu i z rodzicami za ścianą. Dla urozmaicenia wartę podzielono na dwie rodziny…bosko.
Wraz z Manią pod nosem nabijamy się z przyszłego Ojca, że ostatnie godziny wolności spędza przy grach – niech się chłop nacieszy, bo następna taka okazja trafi się dopiero wtedy, kiedy Córka poprosi, by celowo przegrywał w planszówki.

9 GRUDNIA

Największe marzenie przyszłej Mamy to… JEANSY… serio! Niczego innego nie pragnę tak bardzo, jak tego, by wcisnąć się w końcu w spodnie. Do porodu dwa dni, ale do zakupów nieco dalej…daj Boże, żeby tyłek Matki zaakceptował jednak rozmiar sprzed ciąży, aby zalegające na wieszakach spodnie móc w końcu odkurzyć.

10 GRUDNIA

Torba do szpitala, przeryta wzdłuż i wszerz w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie, czy istnieje jeszcze coś, czego nie spakowałam, coś, co mogłoby spędzać sen z powiek i tak niewyspanej Matki czuwającej nad niemowlęciem tuż po porodzie. Słuchawki! I wcale nie po to, by dziecięcego płaczu nie słyszeć (sesese!).

11 GRUDNIA

“To prawdziwy cud w położnictwie”. Na kilka godzin przed czasem postanowiła zrobić wielkie wejście w, co do godziny zaplanowane, życie Państwa M. Chlusnęła więc Matce wiadrem (o dziwo!!!) ciepłej wody na pobudkę i Ojca postawiła na równe nogi chwilę po godzinie czwartej nad ranem (tutaj mamy do czynienia z cudem numer jeden: Tata o tak wczesnej porze aż tak wyspany jeszcze nie był). Marynia godzinną drogę do szpitala spokojnie tupała w rytm muzyki z przypadkowej stacji radiowej, ze sprzętu który tym razem (ku zaskoczeniu rodziców) zamiast szmerów serwował polskie przeboje. Umówione na pierwsze spotkanie byłyśmy już na godzinę czternastą, jednak Maria cyklicznie – co siedem minut – dawała znać, że już nie może się doczekać. Z godziny na godzinę znacznie zwiększała nie tylko liczbę, ale i intensywność tychże przypomnień. Na ostatnią chwilę postanowiła też zmienić miejsce spotkania z sali operacyjnej na porodówkę, by o godzinie 14:20 (bez uszczerbku na zdrowiu fizycznym oraz psychicznym Matki) stać się całym jej światem, osobistym cudem.
P.S. 3M-amy się świetnie!

12 GRUDNIA

Mam wszystko. Jedno tulę do piersi, a z drugim wiszę na telefonie, ponieważ odwiedziny w szpitalu są legalne dopiero po godzinie dwunastej. Do południa więc tęsknimy – Mama i Mania.

13 GRUDNIA

Wracamy do domu! Na wypis czekamy najdłużej ze wszystkich, którzy tego dnia opuszczają szpital. Na samą myśl o powrocie odliczam ciągnące się minuty i dziecięce łzy, których danego dnia jest aż nadto. I nagle wchodzi on z tańczącym wesoło balonem w cukierkowo – dziewczęcych kolorach, z tortem i z uśmiechem dumnego Ojca. Zalewam się łzami po raz pierwszy. Zabiera nas do domu przystrojonego jeszcze większą ilością balonów i kolorowych girland. Do domu pachnącego bukietem czerwonych róż. Do domu, który już od dawna czeka na to różowe Szczęście. DO DOMU. Zalewam się łzami po raz drugi. A po raz trzeci tonę we łzach wtedy, gdy uświadamiam sobie, że lepszego Taty dla Maryni wybrać nie mogłam. Są idealni, są moi.

14 GRUDNIA

Siódma z minutami, a Matka, zamiast odsypiać niemalże nieprzespaną noc, siedzi na łóżku i zachwyca się podwójną dawką szczęścia. Miłość, która teoretycznie była największa na świecie przybrała na wadze ponad trzy kilogramy – piękniej być nie mogło.

Jeśli spodobał Ci się ten wpis będzie nam bardzo miło, jeśli go udostępnisz na swoim Facebooku :)!