Najbardziej kocham podróże jeszcze przed samym wyjazdem, przed pierwszym ahoj przygodo!, wtedy, kiedy z niecierpliwością czekam na to, co ma się wydarzyć. Mimo że jestem mamą, wakacje, o dziwo, nie kojarzą mi się wyłącznie z odsypianiem i z odpoczynkiem, choć nie zaprzeczę, że na te dwa to właśnie matki zasługują bardziej niż ktokolwiek inny na świecie. Moje wakacyjne motto brzmi Wycisnąć z tego urlopu, ile się da, ale za pięć minut…”. Godzinę później mimowolnie i po omacku zwlekam się z łóżka i włączam w życie pierwszą, tę bardziej optymistyczną, część mojej wakacyjnej dewizy. Zachwycam się, doświadczam i biorę garściami wszystko, co nowe. Uwieczniam chwile w pamięci oraz za pomocą aparatu, dzięki czemu z podróży wracam z najcenniejszą, a zarazem z najtańszą pamiątką.


Przyznaję, że między tymi wszystkimi straganami ze stertą kolorowych kurzołapów niejednokrotnie przechodzę z zamkniętymi oczami. Jeszcze do niedawna sprawa wyglądała mniej więcej tak: niby wiem, że nie potrzebuję, że bubel za miliony monet, a i tak czuję, że muszę, bo inaczej się uduszę, choćby miała to być następna chińska pamiątka kupiona w Grecji na stoisku u Azjaty. W momencie, kiedy przejęłam pałeczkę, znaczy szczoteczkę i mopa, i całą masę akcesoriów do sprzątania, o które nie prosiłam, problem rozwiązał się sam. Im mniej mam, tym mniej sprzątam. Rachunek jest prosty, prawda?

Są jednak takie pamiątki, które przywożę z każdych wakacji! Ba! Nie muszę wyjeżdżać, mogę nie wystawiać nosa z domu, a kolekcja rośnie w okamgnieniu. Cześć, jestem Gosia i jestem uzależniona od robienia zdjęć, ponieważ kolekcjonuję piękne chwile.

Kiedy leciałam do Grecji, z tyłu głowy miałam już pomysł na pamiątkę, którą ze sobą przywiozę. Miała to być sesja zdjęciowa w oliwkach. Nie jestem fanką ich smaku, ale trzeba im oddać, że wyglądają obłędnie nie tylko w sałatce, ale zwłaszcza wtedy, kiedy w zasięgu wzroku nie widać nic, prócz drzew oliwnych.

Cel był konkretny, plenerów, jak z obrazka jeszcze więcej, a płoty zdecydowanie wyższe niż dałoby radę przeskoczyć. Stwierdzam na oko, żeby nie było, że jechałam z planem skoku na czyjąś posesję. Jak zwykle okazało się, że najciemniej pod latarnią, a dokładniej tuż pod hotelem. Idealne światło, dopisująca pogoda i wyspana Maria, czyli wszystkie czynniki wpływające na udane zdjęcia, odhaczone. Chwytaliśmy za aparat na zmianę, nie to, że mam parcie na szkło, ale zależało mi nie tylko na robieniu zdjęć, ale też na byciu na kilku fotkach, a efekty, mam nadzieję, będą przywoływać wyłącznie piękne wspomnienia.

To jest jeden z tych postów, w których nie słowa, a zdjęcia grają główną rolę. Nie przedłużam więc, tylko zapraszam do oglądania.