Haruję jak dziki osioł. Praca, pranie, zmywanie gotowanie i najlepiej wszystko to w jednej chwili, podane na tacy z towarzyszącym owym zajęciom uśmiechem – przecież każdy uwielbia jak spadną na niego niemalże wszystkie obowiązki domowe, co nie? Ja też.

Więc piorę i wieszam, gotuję i podaję, zmywam i układam i klnę przy tym wszystkim nie jak jeden szewc, ale jak całe ich rzesze. Przecież w jakiś sposób muszę ogłosić światu, że ze zmęczenia to już na twarz padam, więc nie klnę pod nosem, a na cały głos. Nie skrywając towarzyszącej przepracowaniu wściekłości pod sztucznym uśmiechem, obwieszczam światu wieść nową: Remont Ku.waaaa!!!

l

On też jak wół haruje – taki mamy w domu zwierzyniec. Remontów nam się zachciało – swoją drogą remont mieszkania powinien być usprawiedliwieniem dla rękoczynów – no święci tego nie zniosą!

Wiecie z czym wiąże się szlifowanie ścian? Z syfem. Mam go wszędzie: nasze świeżo wyprane ubrania – wcześniej czyste i pachnące – już takie nie są, smak zupy pomidorowej urozmaicają przyprawy wcześniej nieprzewidziane, czyste naczynia myję któryś raz z kolei, a to wszystko przy zamkniętych drzwiach i szafach, w zamknięciu po prostu. A i muszę Cię uprzedzić – jeśli wybierasz się do nas „na kawkę” –  cukier puder na cieście – cukrem pudrem nie jest.
Więc siedzę zamknięta na świat z wszechogarniającym pyłem i kurzem, i zatracam się w moim nicnierobieniu. Bo zupa to tylko zupa, a mogły być schabowe, bo ciasto miało upiec się wyższe, a postanowiło się nie wywyższać, bo umyłam podłogę sto razy, a efektów za każdym razem brak i dlatego że uprałam wszystkie koszule oprócz tej, która wyprana powinna być w pierwszej kolejności (tutaj przeklinam! NO!).

k

Wszystkiemu winien jest on. Nie kurz, nie pył – sprawca całego zamieszania. To nic, że pracuje od rana do nocy (no dobra, w nocy trochę też). To nic, że nie ma czasu się wyspać. I co z tego, że robi remont po to, by NAM było lepiej, skoro każda jego kolejna czynność niszczy moją wcześniej wykonaną? Że nie szanuje mojej pracy (niesłusznie) powtarzam przynajmniej trzy razy dziennie. Więc ten omija jak tylko może, nie tylko pranie, którego nie chce pobrudzić, ale też mnie. Kochanie, sama też bym siebie omijała.

Widzę, że szanuje. Że zaciska zęby i zjada pomidorową, bo ja miałam ochotę na zupę. Że gryzie się w język za każdym razem, kiedy na niego burczę, by nie powiedzieć kilku zbędnych słów. Że czyści podłogę, którą przypadkiem podeptał, żebym ja nie musiała robić tego ponownie ( i żebym nie widziała też!). Że zabiera nas na obiad, bo i tak się już napracowałam, a tak naprawdę tylko dlatego, żeby uciec przed pomidorową.

m

Nie mówię, że to widzę – to źle. Rzucam więc garnki na rzecz pędzla i szlifierki i chociaż przez chwilę udowadniam, że jestem, że widzę ile to wszystko go kosztuje.

A nowy dzień zaczynam od słów nie szanujesz mojej pracy, żeby wiedział jak bardzo ciężko mi jest wstać o szóstej rano i prasować ponownie tę samą koszulkę. Tak – jestem na siebie wściekła.

Będzie nam bardzo miło jeśli docenisz nadgodziny spędzone na blogu i udostępnisz post na swoim facebook’u.

Bądź z nami bardziej:
Facebook
Instagram